Zapraszam także tutaj:

  • No w końcu Kopenhaga - Z wyjazdów pod tytułem "no w końcu" spokojnie mogłabym zrobić całą serię. *No w końcu* Sztokholm,* no w końcu* Kuala Lumpur, *no w końcu* i Kope...
    4 tygodnie temu

poniedziałek, 19 listopada 2012

Mój lęk przed fryzjerami - jak się zaczął i jak się skończył? Przygoda z nieudaną grzywką

Przepraszam za dłuższą przerwę w publikowaniu postów - miałam bardzo pracowity weekend, a ponadto wiele do zrobienia na tygodniu. Już nadrabiam nieobecność postem o czymś, o czym od dawna zamierzałam tu wspomnieć, ale jakoś nie było sposobności :)

Należałoby zacząć od tego, że od małego miałam lekką obsesję na punkcie długości swoich włosów. To dlatego, że zawsze chciałam je zapuścić i każdy centymetr mniej był dla mnie wielką stratą. Kiedy musiałam podciąć włosy, zawsze mocno to przeżywałam i trzęsłam się na fotelu w salonie, bo każde skrócenie oddalało mnie od upragnionego celu. Zawsze miałam wrażenie, że fryzjer obcina o wiele więcej niż chciałam, dlatego rzadko tam chodziłam - nie lubiłam podcinać końcówek, uważałam wtedy, że to nic nie daje, a jedynie niepotrzebnie skraca włosy. Pewnego razu jednak, po jednej z wizyt w "fachowym" salonie stwierdziłam, że fryzjerzy to ród przeklęty i przez bardzo długi czas omijałam ich salony szerokim łukiem.
Kiedy byłam w pierwszej gimnazjum, nosiłam prostą grzywkę. Na początku wakacji stwierdziłam, że zacznę ją zapuszczać - zaczesałam ją więc na bok i sama przycięłam nożyczkami. Wyglądała całkiem ok, ale stwierdziłam, że pójdę do fryzjera, żeby mi ją ładnie wycieniował, żeby lepiej wyglądała przy odrastaniu - to chyba nie było bardzo skomplikowane? Wybrałam się do osiedlowego salonu. Do dziś dziwię się sobie, że usiadłam wtedy na fotelu. Obsługiwała mnie jakaś młoda dziewczyna, która chyba pierwszy raz w życiu trzymała w ręku nożyczki... Powiedziałam jej, że chcę jedynie lekko wycieniować grzywkę, ale ona nie słuchała - zanim się obejrzałam, zaczesała mi do przodu szerokie pasmo włosów i zaczęła robić grzywkę od nowa w taki sposób, że na koniec nic z niej nie zostało - była jednym, krótkim, sterczącym pasemkiem gdzieś nad czołem. Mina "fryzjerki" była chyba bardziej niepewna niż moja, co skwitowała słowami: "Jak się uczesze i wysuszy suszarką, to się ułoży...".
Wróciłam do domu i dopiero wtedy zobaczyłam, w jakim stanie są moje włosy. Był płacz i przekleństwa, wyglądałam po prostu koszmarnie - fryzura żadna, grzywka żadna, byłam zrozpaczona. Niewiele myśląc, wzięłam pieniądze i poleciałam do innego salonu, w którym kiedyś się ścinałam i było ok - debatowały tam nade mną trzy fryzjerki mówiąc zgodnie, że czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziały. Sytuacja była praktycznie nie do uratowania - jedyne, co mogły zrobić, to nałożyć kolejną, trzecią już warstwę i zrobić grzywkę od nowa. Skończyło się tak, że przez kolejne 2 miesiące chodziłam z grzywką podpiętą do góry, bo nie nadawała się do pokazania jej ludziom. Nie mam niestety zdjęcia, ale wyglądała mniej więcej tak, jak na rysunku na samej górze :)
Po tym wydarzeniu przysięgłam, że już nigdy, przenigdy nie pójdę do fryzjera. Słowa dotrzymywałam przez następne 5 lat.
http://www.divaeyelashextensions.co.uk/
Takich historii słyszy się mnóstwo. Musiało minąć bardzo wiele czasu, zanim przeprosiłam się z fryzjerami. Z lęku przed nimi paradoksalnie wyleczyło mnie włosomaniactwo - dopiero kiedy zaczęłam dbać o włosy, zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne jest ich podcinanie i że nie sposób jest tego zaniechać. Przekonałam się również, że włosy są tak naprawdę tylko włosami, które dość szybko odrastają (zwłaszcza wspomagane odpowiednimi przyspieszaczami), więc nie warto się przejmować każdym straconym centymetrem. No i na koniec - chyba jednak trochę dojrzałam od tamtego czasu i stwierdziłam, że długość moich włosów nie jest najważniejszą rzeczą na świecie :)
Dzisiaj chodzę do jednej, zaufanej fryzjerki, którą poleciła mi mama i nigdy nie miałam u niej żadnych nieprzyjemnych przygód. Myślę, że warto jest rozejrzeć się za fachowcem, któremu można bez strachu oddać swoje włosy, niż iść do pierwszego lepszego salonu i wyjść z koszmarem na głowie. Życzę każdej anty-fryzjerowej włosomaniaczce, aby kiedyś przełamała swoje obawy i trafiła na dobrego fryzjera - warto! :)
Klaudia

5 komentarzy:

  1. Jeszcze kilka lat temu ja też dostawałam dreszczy na hasło "fryzjerka". Ja nie wiem czemu tak się dzieje, że większość z nich potrafi spaprać najprostsze cięcie.. Ale na szczęście teraz też chodzę do zaufanej fryzjerki i podcinam góra 2-3cm na prosto ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj ja też miałam kilkanaście złych sytuacji! Zawsze mówiłam "tym razem będzie lepiej - człowiekowi powinno się dać szansę" - a później wyłam w poduszkę :/
    Ja nie lubię chodzić do fryzjera i nie znalazłam jeszcze dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sama podcinam, boję się fryzjerów :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Na szczęście mam przyjaciółkę fryzjerkę, która robi dokładnie to czego chcę ;) Btw. przypomniałaś mi swoim postem, że miałam się wybrać na obcięcie końcówek :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Całkowicie Cię rozumiem :) Moje najgorsze wspomnienie jest jeszcze z czasów podstawówki. Wtedy bob do ramion nie był tak popularny, ale urodził się w mojej głowie, poszłam do fryzjera i wróciłam z baardzo dziwną, bardzo krótką fryzurą... Nawet kucyka nie mogłam zrobić :(

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...