Zapraszam także tutaj:

  • No w końcu Kopenhaga - Z wyjazdów pod tytułem "no w końcu" spokojnie mogłabym zrobić całą serię. *No w końcu* Sztokholm,* no w końcu* Kuala Lumpur, *no w końcu* i Kope...
    4 tygodnie temu

sobota, 27 lipca 2013

Podcięcie włosów - 26.07.2012. Moje włosy nie rosną cz. 2

Wczoraj wybrałam się do mojej fryzjerki na rutynowe podcięcie. Włosy nie widziały nożyczek od marca, końce po 4 miesiącach od ostatniego cięcia były już suche i wymęczone, więc nie dało się już dłużej odkładać tego cięcia. Poprosiłam o skrócenie 2-3 cm oraz lekkie wycieniowanie końców. Aktualnie moje włosy wyglądają tak:


Przyznam, że choć fryzjerka nie obcięła więcej niż prosiłam (co widać na zdjęciu z warkoczami przerzuconymi do tyłu), jestem lekko podłamana obecną długością. Mam wrażenie, że znów cofnęłam się o kilka miesięcy, choć cięcie było naprawdę niewielkie. Denerwuje mnie to, że włosy sięgały już prawie zapięcia od stanika, a po podcięciu końcówek wróciłam do długości ze stycznia - pół roku w plecy. W takim tempie nigdy nie zapuszczę włosów, a przecież nie chcę jakiejś oszałamiającej długości, zależy mi tylko na tych paru centymetrach więcej. 

To irytujące i dziwne, że włosy na głowie rosną u mnie tak wolno, podczas gdy nogi muszę golić dwa razy dziennie, żeby były gładkie - włoski tak szybko odrastają.

Po powrocie od fryzjera stwierdziłam, że chyba muszę się porządnie wziąć do roboty, jeśli moje włosy mają w ogóle ruszyć z miejsca. Po raz kolejny przejrzałam sklepy Internetowe, Allegro i blogi, aż w końcu złożyłam zamówienie na doz.pl, zrobiłam domowej roboty wcierkę i przygotowałam plan przyspieszania porostu na kolejne tygodnie.


  • SUPLEMENTACJA
Zdecydowałam się na Calcium Pantothenicum, o którym przeczytałam mnóstwo pozytywnych opinii. Nadszedł czas, żeby je wypróbować - zamówiłam od razu dwa opakowania. Zamierzam brać dwie tabletki rano i dwie wieczorem, tak jak zaleca producent.



  • OLEJE
Przed myciem zamierzam stosować oleje. Zdecydowałam się na mieszankę olejku rycynowego i łopianowego Green Pharmacy. Olej rycynowy wybrałam, bo jak dotąd mnie nie zawiódł, a łopianowy miałam właśnie testować. Zależy mi na szybszym efekcie, więc postawiłam na coś sprawdzonego.

Kupiłam także naftę kosmetyczną z ekstraktem z drożdży, może będę ją stosować na przemian z olejami.

Tak przy okazji - w czerwcu stosowałam olejek Amla Dabur, włosy trochę urosły, ale nie tyle, co po rycynie.

  • WCIERKI
Olejki są dobrymi przyspieszaczami porostu, jednak mogę je stosować tylko przed myciem, a chciałabym mieć także coś, co mogłabym stosować codziennie. Jestem właśnie w trakcie szukania wcierki, która by się u mnie sprawdziła. Podczas szukania na Allegro trafiłam na taki oto produkt, który bardzo mnie zainteresował, jednak nigdzie nie mogę znaleźć żadnych opinii na jego temat, ani nawet składu (napisałam już w tej sprawie do producenta) - boję się kupować w ciemno, gdyż może ona zawierać alkohol, który mnie podrażnia. Jeśli nie zdecyduję się na tą wcierkę, być może wypróbuję któryś z toników babuszki Agafii lub serum na porost włosów. Jeśli mogłybyście mi udzielić jakichś informacji lub rad związanych z tymi kosmetykami, byłabym bardzo wdzięczna ;)

A tymczasem przygotowałam domowej roboty wcierkę ze wszystkiego, co miałam w domu, co tylko może się przyczynić do przyspieszenia porotu (:D) czyli z kozieradki, skrzypu, pokrzywy oraz aloesu. Zioła zaparzyłam, odcedziłam, dodałam kilkanaście kropli ekstraktu z aloesu oraz zakonserwowałam DHA BA. Całość prezentuje się tak:


Płyn jest zielonkawy, mętny, o niezbyt przyjemnym zapachu, ale mało intensywnym. Stosuję ją dwa razy dziennie - rano i wieczorem i będę to robić do czasu, dopóki nie znajdę sklepowego zamiennika. Choć, kto wie, może się sprawdzi.

  • PODCINANIE KOŃCÓWEK
Wiadomo, że jest to niezbędne podczas zapuszczania, jednak moje włosy rosną tak wolno, że chyba nie mogę sobie na to pozwolić. Każde podcięcie to kilka miesięcy w plecy - jeśli będę podcinać zbyt często, nigdy nie zyskam na długości. Zamierzam więc to robić jak najrzadziej, sama w domu (oczywiście nożyczkami fryzjerskimi) i ścinać naprawdę niewiele, gdyż tylko w ten sposób uniknę niepotrzebnego skracania włosów.


Mam nadzieję, że moje włosy wreszcie ruszą z martwego punktu i zyskają te kilka cm. Jeśli macie jakieś inne rady, sposoby i produkty warte polecenia, byłabym bardzo wdzięczna za informacje w komentarzach :) Życzę wszystkim miłego weekendu!

Pozdrawiam serdecznie,
Klaudia

wtorek, 23 lipca 2013

Szampon przeciw wypadaniu włosów Bioxsine - recenzja

Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z firmą Bioxsine, która dopiero wypuszcza swoje produkty na polski rynek. Do przetestowania dostałam ziołowy szampon przeciw wypadaniu włosów. Jeśli jesteście ciekawe tej recenzji, zapraszam :)


Paczka z produktem dotarła do mnie kilka dni po przesłaniu firmie danych adresowych. Do szamponu była dołączona ulotka oraz list od firmy.


Szampon został przedstawiony jako produkt przeznaczony do włosów normalnych i suchych, który zapobiega wypadaniu włosów oraz powoduje ich wzmocnienie i zagęszczenie. Ma także dostarczać niezbędnych witamin i minerałów zapewniających zdrowie włosom i skórze głowy. Na poniższym zdjęciu znajduje się pełny opis producenta:


Jak wiadomo, nieco nie dowierzam takiemu działaniu szamponu, którego głównym zadaniem jest mycie lub oczyszczanie włosów, a nie ich odżywienie. Z tego też powodu pewnie nie zdecydowałabym się na zakup produktu, który obiecuje mi wzmocnienie włosów podczas mycia. Czy z tym szamponem było podobnie?

Rzućmy okiem na skład:


Skład tego szamponu w żaden sposób mnie nie zachwycił - zawiera siarczany, których na co dzień unikam, ponadto ma też trochę "śmieciowych" składników. Zioła, które się w nim znajdują, nie zostały dokładnie określone, a zawarte w sformułowaniu "Biocomplex B11". Jednym słowem, skład jest mało pociągający i na jego podstawie pewnie nie zdecydowałabym się na zakup tego produktu.


Jeśli chodzi o zapach, konsystencję i kolor, szampon bardzo przypadł mi do gustu. Nie jest ani zbyt rzadki, lejący się, ani zbyt gęsty. Otwór butelki jest niewielki, dzięki czemu nie wylewa się zbyt duża ilość kosmetyku, ale wystarczający. Szampon ma kolor brunatno-pomarańczowy, właściwie niezbyt pociągający, ale nie przeszkadzał mi on zupełnie w użytkowaniu. Bardzo polubiłam jego zapach - mocno ziołowy, ale słodkawy, ciężko mi go do czegoś przyrównać.

Butelka biała, nieprzezroczysta, plastikowa, typowa dla aptecznego szamponu.


Jeśli chodzi o działanie, to mam mieszane uczucia. Z jednej strony używanie szamponu było bardzo przyjemne ze względu na zapach oraz fantastyczne uczucie mrowienia i pobudzenia skóry głowy. Nie doświadczyłam tego podczas stosowania innych szamponów. Ponadto szampon ten, mimo, że zawiera siarczany, nawet stosowany często nie powodował przesuszenia włosów i podrażnienia skóry głowy, tak jak to się zdarzało podczas stosowania innych oczyszczających szamponów. Produkt ten jest więc dość łagodny i przyjazny dla włosów ze skłonnością do przesuszenia.

Niestety, podczas jego używania nie zauważyłam ani zmniejszonego wypadania, ani wzmocnienia włosów, ani przyspieszenia porostu, choć wyraźnie można było odczuć, że rzeczywiście pobudza skórę głowy. Nie jestem jednak rozczarowana, bo w tej kwestii nie spodziewałam się cudów - szampon znajduje się na skórze głowy zbyt krótko, by mógł zadziałać w taki sposób. Chętnie przetestowałabym więc odżywkę albo wcierkę z tej serii, jeśli takowa się kiedykolwiek pojawi, gdyż sądzę, że z tego typu produktami można by wiązać większe nadzieje.

Podsumowując: używanie produktu było bardzo przyjemne, jednak nie spełnił on w moim przypadku swoich głównych założeń i obietnic od producenta. Mimo to uważam, że ta marka ma szanse zaistnieć na polskim rynku, jeśli zaprezentuje produkty innego typu, np. odżywki, wcierki czy olejki. Szampon zawsze pozostanie dla mnie tylko szamponem, który ma za zadanie myć i oczyszczać, a do odżywienia włosów i skóry głowy wolę wybierać inne produkty.

W sklepach i aptekach internetowych 300ml szamponu kosztuje od 24 do 40zł.

A Wy? Czy miałyście kiedyś styczność z kosmetykami marki Bioxsine?

Pozdrawiam,
Klaudia

PS. Jeszcze nie wracam - mój urlop trwa w pełni. Od czasu do czasu tu zajrzę i coś napiszę. Życzę wszystkim udanych wakacji :)

niedziela, 7 lipca 2013

Moje włosy - Lipiec 2013. Trzecie farbowanie khadi

Nie wiem, czy ten post jest równoznaczny z moim powrotem, ale dawno nie było aktualizacji, więc postanowiłam ją wstawić, aby być na bieżąco. Jeśli nie macie ochoty czytać moich narzekań, to nie czytajcie ;)

Czerwiec był dla moich włosów raczej średnim miesiącem. Pierwsze upały = pierwszy przesusz, który ciężko czymkolwiek "naprawić", a zupełny brak motywacji mi w tym nie pomagał. W minionym miesiącu jako przyspieszacz stosowałam olejek Amla - włosy rzeczywiście trochę podrosły, ale końce wymagają już zdecydowanie podcięcia (ostatni raz byłam u fryzjera pod koniec marca), więc pewnie wrócę do punktu wyjścia. Zasadniczo to mam wakacje - niestety, od dbania o włosy najwyraźniej też. Kiedy często wyjeżdżam i dużo przebywam na słońcu, nie jestem w stanie ich zabezpieczać na tyle, aby uniknąć przesuszenia, nie zawsze mogę też posiedzieć dłużej z maską czy olejem.

Wczoraj po raz trzeci farbowałam włosy henną Khadi. Kilka dni temu wróciłam z Berlina, gdzie kupiłam jej kolejne opakowanie. Tym razem wybrałam Ciemny Brąz i postanowiłam go zmieszać w mniej więcej równych proporcjach z Orzechowym Brązem. Liczyłam na ciemniejszy niż zwykle, ale nie zbyt ciemny odcień. Mieszankę trzymałam na włosach pod czepkiem i ręcznikiem przez około 1,5h. Niestety, mam wrażenie, że henna słabo chwyciła - kolor nie jest tak głęboki, jak po poprzednich farbowaniach, a ponadto przebijają rudości. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, przecież po każdym kolejnym farbowaniu kolor powinien łapać lepiej... W ogóle, ta henna z Niemiec była jakaś felerna - czepek był rozciągnięty, nie trzymał się na głowie, a rękawiczki ześlizgiwały się z rąk. Nie rozumiem tej sytuacji, przecież ta henna jest dokładnie taka sama jak ta kupiona w Polsce.

Przejdźmy do zdjęć :) Zrobiłam je dzisiaj, czyli pierwszy dzień po farbowaniu. Wiał lekki wiatr, a moim fotografem był samowyzwalacz, stąd też niektóre kadry nie obejmują całych włosów.



Widać, że gdzieniegdzie przebija rudość, a odcień nie jest tak ciemny, jak chciałam, ale mimo wszystko kolor jest odświeżony - po dwóch miesiącach od ostatniego farbowania był już naprawdę wypłowiały. Włosy są też trochę sztywne i spuszone, bo, jak wiadomo, bezpośrednio po hennie nie można nakładać na nie odżywek. Na zdjęciach także widać moje warkoczyki syntetyczne, które mam od miesiąca, a których oficjalnie nie zaprezentowałam na blogu :) Jeśli jesteście ciekawe, jak się prezentują, mogę napisać na ten temat post.

Plany na wakacje? Chciałabym się skupić na przyspieszeniu porostu, co nie jest łatwe, bo moje włosy rosną jednak raczej wolno. Jeśli chodzi o kondycję, to odnoszę wrażenie, że w lepszej już nie będą. Ciągle nie znalazłam sposobu na blask ani nie zdecydowałam, czy powinnam moje włosy traktować jak proste, czy jak falowane. Jednocześnie, jak już mówiłam, nie mam jakoś energii na wyszukane zabiegi pielęgnacyjne, więc pewnie i tak pozostawię je samym sobie.


A jak się mają Wasze włosy?

Pozdrawiam,
Klaudia

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...